bieganie, lód, ból
wczorajsze bieganie było tylko w planach. padający śnieg mnie i zniechęcił i wystraszył. było dość trudno i bieganie zwłaszcza rekreacyjne nie miało sensu. ale sumienia pracowało. dziś rano postanowiłem to odrobić, choć z domu wyciągano mnie końmi. absolutny brak motywacji, który to stan– co za duma – udało mi się jednak przemóc. ale bieganie było bardzo nieprzyjemne ze względu na podłoże. tu i ówdzie mniejsze lub większe oblodzenie, na dodatek dużo odcinków zaśnieżonych, a w zasadzie zabrejonych. i ślisko, ślisko, ślisko… to powodowało, że biegłem cały czas usztywniony, z mięśniami nienaturalnie napiętymi i gotowymi do reakcji na jakikolwiek poślizg, wahnięcie, stratę pionu. nie sprawiało mi to radości. męczyło. zmieniłem też przez to rytm wybiegu. zamiast biegu ciągłego, zafundowałem sobie tzw „trójki”, czyli trzy minuty biegu plus minuta mocnego marszu; klasyczny gallowey aż do skutku. a skutek czyli plan był taki: zaliczyć minimum 30 minut ruchu, nie mniej jednak niż 5 kilometrów. udało się ( 5km w 32:30), ale jeszcze teraz (jest 14.00) z lekka bolą mnie kolana. w weekend będzie lepiej (tak twierdzą synoptycy). na sobotę zakładam więc 30 minut ciągłego biegu w średnio wolnym tempie, zaś w niedzielę baaardzo wolno (+/- 7min/km), 7-8 kilometrów, nie mniej jednak niż 50 minut na nogach. no i może jednak powinienem kupić inne buty? na razie biegam w letnich mizuno, ale dziś właśnie się przekonałem, że kupowanie zimowego obuwia biegowego, to nie do końca tylko marketingowy wymysł.