the revelstein post

rzeczy które warto mieć, miejsca w których warto być, ludzie których warto znać.

marley

marley to była zjawiskowa postać. i wcale nie trzeba być rasta, żeby go polubić i mimo upływu lat muzyki jego słuchać z przyjemnością. amerykański dokument o życiu tego – jak zwykło się nazywać – króla reggae, jest opowieścią tyleż prostą co i frapującą. film pokazano na ostatnim festiwalu berlinale, którego był chyba najmocniejszym i najjaśniejszym punktem, choć głęboko ukrytym  wśród masy raczej pretensjonalnych fabuł.  to opowieść o niewyględnym chłopaczku ze slumsów, synu czarnej matki i białego ojca, który uczynił atut ze swojej rasowej mieszanki. nim film oficjalnie dotrze do polski (a może i nie dotrze, kto to wie), warto sięgnąć tytułem uzupełnienia, albo przygotowania, po wydaną w 2007 roku książkę thimothy white’a “bob marley”. to obszerna i świetnie wydana (alexis mundi) biografia króla reggae z kompetentnym wstępem nieocenionego sławka gołaszewskiego. warto czytać, warto oglądać.

bieganie, lód, ból

wczorajsze bieganie było tylko w planach. padający śnieg mnie i zniechęcił i wystraszył. było dość trudno i bieganie zwłaszcza rekreacyjne nie miało sensu. ale sumienia pracowało. dziś rano postanowiłem to odrobić, choć z domu wyciągano mnie końmi. absolutny brak motywacji, który to stan– co za duma – udało mi się jednak przemóc. ale bieganie było bardzo nieprzyjemne ze względu na podłoże. tu i ówdzie mniejsze lub większe oblodzenie, na dodatek dużo odcinków zaśnieżonych, a w zasadzie zabrejonych. i ślisko, ślisko, ślisko…  to powodowało, że biegłem cały czas usztywniony, z mięśniami nienaturalnie napiętymi i gotowymi do reakcji na jakikolwiek poślizg, wahnięcie, stratę pionu. nie sprawiało mi to radości. męczyło. zmieniłem też przez to rytm wybiegu. zamiast biegu ciągłego, zafundowałem sobie tzw „trójki”, czyli trzy minuty biegu plus minuta mocnego marszu; klasyczny gallowey aż do skutku. a skutek czyli plan był taki: zaliczyć minimum 30 minut ruchu, nie mniej jednak niż 5 kilometrów. udało się ( 5km w 32:30), ale jeszcze teraz (jest 14.00) z lekka bolą mnie kolana. w weekend będzie lepiej (tak twierdzą synoptycy). na sobotę zakładam więc 30 minut ciągłego biegu w średnio wolnym tempie, zaś w niedzielę baaardzo wolno (+/- 7min/km), 7-8 kilometrów, nie mniej jednak niż 50 minut na nogach. no i może jednak powinienem kupić inne buty? na razie biegam w letnich mizuno, ale dziś właśnie się przekonałem, że kupowanie zimowego obuwia biegowego, to nie do końca tylko marketingowy wymysł.

przyjemności nieprzyjemności

na fotce prawie jak i w warszawie… śnieżyca pozbawiła mnie zaplanowanej na dziś sesji biegowej. miało być spokojne 40 minut równie spokojnego porannego biegu, ale okazało się, że jest dość nieprzyjemnie. ponieważ bieganie ma być przyjemnością, nie zaś etapem przygotowywania się do czegokolwiek, najrozsądniejszym było zrezygnowanie z katowania się dla zasady (tym bardziej że biegam w letnich butach, które niechętnie “współpracują” ze śnieżnym podłożem). to co nie udało się dziś, pewnie odrobię jutro, albo w inny dzień… a taka zima jak za oknem (i na zdjęciu) zaprawdę bywa ładna.

nauka

nauka potrafi dziś wiele wyjaśnić. ale fakt, że czegoś ciągle jeszcze  wyjaśnić nie potrafi, nie może być dowodem na to, że bóg istnieje.

bauhaus

bauhaus, to uczelnia artystyczna powstała w weimarze w 1919 roku. w tym wypadku określenie bauhaus odnosi się do stworzonego przez nią kierunku architektonicznego będącego jednym z odłamów niemieckiego modernizmu. podstawowe zasady którymi wyróżniał się bauhaus to między innymi: funkcjonalność oparta na przesłankach mechanicznych i psychologicznych; istotna rola czynników społecznych, uważanych za ważniejsze od wymogów estetyczne, ekologicznych i technicznych czy wreszcie wprowadzanie do formy architektonicznej warunków regionalnych, klimatów, krajobrazów i zwyczajów mieszkańców. wielu żydowskich architektów studiowało bauhaus, a kiedy w roku 1933 naziści zamknęli szkołę, wyjechali oni z niemiec, rozproszyli się po świecie, by potem osiąść w izraelu. w samym tel avivie jest zdaje się około 4 tysięcy budynków zaprojektowanych w tym stylu. tel aviv jest miastem bauhausu w takim samym stopniu jak miami art deco.

maksyma

na cudze porażki patrzymy tak jak na cudze żony. mamy z nich o wiele więcej radości niż ze swoich własnych. (by_cheplin)

(…)

zadanie na luty. zrobić listę stu rzeczy, które są mi koniecznie (niezbędne) do życia. z wyłączeniem książek, które są „dobrem wspólnym”.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.